Pierwszy raz w Gornichem, czyli w małej miejscowości położonej na południu Holandii. Mieszkałam w dwupiętrowym mieszkaniu, z bardzo stromymi, krętymi schodami, po których dzień w dzień musiałam chodzić, a czasem i biegać modląc się po drodze, by z nich nie spaść. Mieszkanie miało dwa wyjścia, jedno na ulicę, drugie na maleńki ogródek ogrodzony żywopłotem. Wokół było więcej podobnych mieszkań. Praktycznie jedno przy drugim. Bardzo blisko miałam do centrum miasta. Musiałam przejść praktycznie jedną ulicę, przedostać się przez kanał, oczywiście mostem, na którym zawsze było pełno przeróżnych ptaków, które chętnie wszyscy dokarmiali, i byłam na miejscu.
Po obu stronach sklepy, wszędzie sklepy. Czym się różniły od naszych? Po pierwsze towarem – rzeczy modne w Holandii pojawiły się w Polsce dopiero rok później. No i obsługa – bardzo miła, bez sztucznych uśmiechów, pomocna, nawet jeśli mój angielski nie był wtedy dobry i w dodatku bardzo nieśmiało wymawiany.
Ale nie o sklepach chcę tu pisać. Chcę pisać o ludziach. Praktycznie od wyjścia z domu to widać, ale w centrum, gdzie ludzi jest multum rzuca się to jeszcze bardziej w oczy. Po prostu tam wszyscy są uśmiechnięci (nie, nie ma na to wpływu marihuana). Wszyscy patrzą na Ciebie jak na kogoś równego, z uśmiechem na twarzy i co najważniejsze z uśmiechem widocznym w oczach. I co druga osoba mówi Ci wesoło prawieże angielskie „hello”. Nawet nie wiecie jak to się udziela! (No chyba, że byliście i wiecie).W każdym razie już po chwili przebywania wśród tych ludzi zaczęłam się do każdego uśmiechać, niektórym nawet pierwsza mówiłam „hello” i co ważniejsze szłam z głową wysoko w górze, a nie tak jak w Polsce patrząc na swoje buty i chodnik, by nie wdepnąć w coś lub nie potknąć się o śmieci. Tam nie ma śmieci. Ani na ulicach, ani na trawnikach, ani w parkach, nigdzie. Chodzi sobie taki pan lub pani, co zarabiają całkiem dużo za całkiem mało. Zbierają za pomocą długich szczypiec ewentualne śmieci, rozrzucone zapewne nie przez holendrów, pracują po kilka godzin dziennie, około 4. Ale wracając… nastrój holendrów jest zaraźliwy. Swoją drogą dlaczego mieliby być smutni i ponurzy? Mają dobre zarobki, przyzwoite życie, rodziny, o które mają możliwość dbać i dużo wolnego czasu. Pracują krótko, sklepy otwierają później, w sobotę zamykają wcześniej, niedziele mają wolne od pracy. Rekordowo późno otwierają sklepy w poniedziałek, bo większość od około 12 godziny. Wyjątkiem są jakieś piekarnie, ale i tak o pracy od 6 czy 7 rano nie ma mowy. Poniedziałek to dzień, w którym ludzie mają prawo wyspać się po wyczerpującym weekendzie. Bo tam nie siedzi się w domu. I nie chodzi nawet o imprezy. Większość holendrów wyjeżdża na weekend. Czasem bliżej, czasem dalej, jednak zazwyczaj opuszczają swoje miejsce zamieszkania i relaksują się w innym otoczeniu.
Tam jest naprawdę całkiem inne życie. A ich entuzjazm jest tak zaraźliwy! Już po jednym dniu wstaje się rano inaczej, z innym podejściem do życia, z uśmiechem na twarzy. I tak też wychodzi się z domu i już po holendersku uśmiecha się do wszystkich, wita się z każdym, czy nawet zamienia się parę zdań z kimś zupełnie obcym. W Polsce to jest naprawdę rzadko spotykane. A dopiero w jakim człowiek jest szoku, w jakiej depresji, kiedy wraca do smutnej, szarej Polski, gdzie co druga osoba patrzy na ciebie jak na wroga. Oczywiście to może być wyolbrzymienie, ale ktoś kto był jakiś czas w tak przepełnionym optymizmem kraju jak Holandia, po powrocie do Polski czuje jakby dostał w twarz od rzeczywistości. Tęskni się, niesamowicie się tęskni. Za ludźmi, za czystymi ulicami i trawnikami, za czystą wodą, rzeką, morzem, za anonimowością, spokojem. Nawet za brakiem firanek w oknach, również i rolet, na parterach domów, gdzie przy spacerze niechcący można ujrzeć Holendrów w wielu prywatnych sytuacjach. My byśmy tak nie umieli, my trzymamy wszystko w tajemnicy, mamy swoją prywatność i nikt nie ma prawa jej oglądać. Ale fakt faktem, że Holendrzy wcale się w te okna nie patrzą. Idą obok, jakby ich nie było. Tylko ja jako Polka zerkałam czasem w lewo czy w prawo i widziałam rzeczy, których widzieć nie powinnam.
Nie, to nie koniec o Holandii, to nie koniec o Gornichem, ani o holendrach. Mam jeszcze dużo do opowiedzenia!
Nie, to nie koniec o Holandii, to nie koniec o Gornichem, ani o holendrach. Mam jeszcze dużo do opowiedzenia!
Ciekawe miejsce, szkoda, że tylko tyle :) pozdrawiam
OdpowiedzUsuńhttp://duze-i-male-podroze.blog.pl/
Ależ będzie więcej! O Holandii i nie tylko :)
OdpowiedzUsuń