menu

sobota, 7 grudnia 2013

Okolice


Ostatnim razem opisywałam głównie centrum miasta, które było w pobliżu mojego miejsca zamieszkania, jednak zabrnęłam w Gorinchem i nieco dalej. Zacznijmy może od parku, z przypaloną słońcem trawą, przy samym kanale. Siedząc na ławce przy brzegu można było co chwila oglądać wielkie dostawcze statki, które o dziwo płynęły dość blisko brzegu. Była tez wyodrębniona część plaży, oczywiście z aż podejrzanie czystą wodą. Blisko tego miejsca można podziwiać przepiękne holenderskie wiatraki. Te tradycyjne, drewniane z malowanymi zdobieniami. Naprawdę wielkie i piękne. Przed jednym z nich stały również armaty. No i w parku oczywiście mamy kolejną partię szczęśliwych i co ważniejsze zarażających szczęściem holendrów. I nie sądzę by to miało wiele wspólnego z mijanymi po drodze cofee shop’ami. Naprawdę! Ilu z Was myśli, że tam przez cały dzień wszyscy chodzą upaleni? Wszyscy jesteście w błędzie. Jest oczywiście grupa takich ludzi, jak i w każdym innym kraju, ale większość holendrów za dnia chodzi całkowicie „czystych”. No dobrze, ale nie będę zagłębiać się w ten temat, jako że nawet dla mnie nie jest on specjalnie interesujący. Wróćmy na chwilę do centrum i przejdźmy je calutkie, całą długą ulicę sklepów, zdecydowanie bardziej tętniących życiem niż butiki w polskich centrach miast. No, ale nie wnikajmy teraz w świetne zarobki holendrów, przejdźmy dalej przez centrum… i zatrzymajmy się na chwilę przy sklepie na końcu ulicy (długiej ulicy), który zapadł mi naprawdę głęboko w pamięć. A raczej to, co było przed sklepem. Na wielkiej gałęzi przymocowanej do muru sklepu siedziała najpiękniejsza papuga jaką w życiu widziałam, nie była przywiązana, nie miała klatki, siedziała wolna. Wyglądała na szczęśliwą. Nie wiem czy papugi potrafią się uśmiechać, ale miałam wrażenie, że uśmiecha się do mnie. Była czerwono-zielono-żółta. To były najpiękniejsze barwy jakie w życiu swoim całym widziałam, tak żywe, błyszczące, cudowne! Trochę przypominała tą znaną wszystkim papugę z filmów z piratami, jednak była o wiele większa. Mówiła coś. Podejrzewam, że powtarzała jakieś holenderskie słowa.  Nie zawsze udawało się ją spotkać i ogólnie był zakaz fotografowania, także i ja nie mam zdjęcia. Zresztą chyba nawet nie miałam aparatu przez te dwa-trzy razy, kiedy miałam okazję ją zobaczyć.

Pozwólcie, że zabiorę Was teraz ze sobą. Przeszliśmy wreszcie centrum i doszliśmy do przejścia dla pieszych. Właściwie jeszcze nie doszliśmy, a już auta stały przed przejściem. Taka właśnie tam jest kultura – samochody zatrzymują się w momencie dochodzenia do pasów. O ile nie prowadzi auta jakiś nerwowy Polak.. Co jeszcze rzuca się w oczy? Ano ścieżki rowerowe. Tuż obok ulicy, KAŻDEJ ulicy, zazwyczaj po obu jej stronach. Osobne są chodniki dla ludzi. Zarówno rowerzyści jak i wszyscy na skuterach korzystają ze ścieżek rowerowych. Jakże im tego zazdroszczę! W Polsce muszę modlić się za każdym razem, gdy jadę ulicą, zwłaszcza gdy mija mnie większe auto. A modlitwa w przypadku kogoś niewierzącego jest czymś dziwnym… Widzicie do czego strach doprowadza? A raczej polskie, dziurawe drogi… W Holandii jest bezpiecznie, właściwie rowerzysta tam jest Panem Ulicy. Choćby wjechał pod koła samochodu z drogi  podporządkowanej, prosto ze ścieżki czy skądkolwiek to i tak wypadek nie jest jego winą. Ale to się rzadko zdarza ze względu na ilość ścieżek rowerowych, przeogromną ilość, nie wiem czy spotkałam tam ulicę bez ścieżki rowerowej obok, chyba nie. No i dodam jeszcze, że Holendrzy nie przekraczają dozwolonej prędkości. Praktycznie nigdy. Pewnie wysokość mandatów ma na to istotny wpływ, ale głównie to ich mentalność. Idziemy dalej. Zeszliśmy już, drodzy Państwo, z chodnika koło tej ruchliwej ulicy i idziemy już przy spokojniejszej, pobocznej. To wcale nie taka mała odległość, ale nie będę opisywać jakie fajne samochody po drodze mijaliśmy, jakie ładne rowerzystki i przystojnych młodzieńców. Także idziemy sobie teraz innym chodniczkiem, po lewej stronie mamy ulicę, po prawej trawnik, a tuż za nim kolejny kanał. Przy samym brzegu jest pełno zaparkowanych czy zacumowanych łódek. Ale zaraz, przyjrzyjmy się bardziej…To mieszkania! Nie wiem ile takich mieszkań miniemy przy tej ulicy. Może 20? Może 30? A jeszcze są po drugiej stronie kanału! Piękne, naprawdę. No, ale idziemy dalej do naszego celu. Właściwie do mojego (zostawię Was teraz, drodzy Państwo, przy tych pięknych statko-mieszkaniach), do Lidla na zakupy. Nie żeby w centrum Gorinchem nie było sklepu, był Aldi, i abstrahując od Aldików w Polsce, które są raczej jednymi z droższych marketów, tam Aldi był naprawdę mega tani, coś jak nasza kochana Biedronka. No, ale podkusiło mnie, by przejść się do większego sklepu. Droga trwała około godziny w jedną stronę. No i znalazłam się tam. Ku mojemu zdziwieniu tamtejszy Lidl był bardzo duży, naprawdę wielki. Nie znam wszystkich Lidlów w Polsce, ale tutaj zazwyczaj spotykam zdecydowanie mniejsze. O sklepie nie będę opowiadać, sklep jak sklep. Znów jednak coś o holendrach. Ich kolejna cecha – spokój.


 Co się dzieje, drodzy Państwo, u nas w
 jakimkolwiek markecie, gdy kolejka składa się z ok 5 osób? Wszyscy są źli, chrząkają, rzucają nerwowe i złośliwe spojrzenia na kasjerki, żeby spieszyły się bardziej, a zaraz potem słyszymy wołania o kolejną otwartą kasę… A tam? Była otwarta jedna kasa. Kolejka była dokładnie od lodówek, przez calutki sklep. Jedna, w linii prostej. Ktoś się złościł? Awanturował? Spieszył? Nie. Wszyscy stali spokojnie, uśmiechając się do siebie lub zagadując wesoło do swoich sąsiadów. Również kasjerki nie przejawiały żadnej złości czy znużenia swoją pracą, którą wykonywały baaaaardzo wolno. Za to wesoło witały się i żegnały, bez sztucznych, kłamliwych uśmiechów. To była naprawdę najprawdziwsza serdeczność. Co prawda miały jedną poważną wadę – żadna kasjerka, w żadnym sklepie nie umiała liczyć. Zwłaszcza w spożywczych. Nie udawały po to, by wydać za mało reszty, bo kilkakrotnie wydały mi za dużo. Oczywiście oddawałam im to, co nie moje i choć sama problemy z matematyką nawet najprostszą czasem miewam, to do ich „matematyki” nawet nie dorastałam. Oczywiście były bardzo wdzięczne, nawet jeśli nie od razu rozumiały, że za dużo wydały i musiałam powoli im tłumaczyć. Pięknie tam jest…

niedziela, 24 listopada 2013

Pierwsze wrażenia


I zaczyna się – mój pierwszy prawdziwy wpis! Jest co świętować? Myślę, że kiedyś będzie. Wbrew tytułowi nie będę pisać po holendersku. Nawet nie wiecie jak daleko jest mi do tego. Jednak będzie to notka o Holandii, o moim pobycie tam, refleksjach. A byłam tam dwa razy.

Pierwszy raz w Gornichem, czyli w małej miejscowości położonej na południu Holandii. Mieszkałam w dwupiętrowym mieszkaniu, z bardzo stromymi, krętymi schodami, po których dzień w dzień musiałam chodzić, a czasem i biegać modląc się po drodze, by z nich nie spaść. Mieszkanie miało dwa wyjścia, jedno na ulicę, drugie na maleńki ogródek ogrodzony żywopłotem. Wokół było więcej podobnych mieszkań. Praktycznie jedno przy drugim. Bardzo blisko miałam do centrum miasta. Musiałam przejść praktycznie jedną ulicę, przedostać się przez kanał, oczywiście mostem, na którym zawsze było pełno przeróżnych ptaków, które chętnie wszyscy dokarmiali, i byłam na miejscu.
Po obu stronach sklepy, wszędzie sklepy. Czym się różniły od naszych? Po pierwsze towarem – rzeczy modne w Holandii pojawiły się w Polsce dopiero rok później. No i obsługa – bardzo miła, bez sztucznych uśmiechów, pomocna, nawet jeśli mój angielski nie był wtedy dobry i w dodatku bardzo nieśmiało wymawiany.
Ale nie o sklepach chcę tu pisać. Chcę pisać o ludziach. Praktycznie od wyjścia z domu to widać, ale w centrum, gdzie ludzi jest multum rzuca się to jeszcze bardziej w oczy. Po prostu tam wszyscy są uśmiechnięci (nie, nie ma na to wpływu marihuana). Wszyscy patrzą na Ciebie jak na kogoś równego, z uśmiechem na twarzy i co najważniejsze z uśmiechem widocznym w oczach. I co druga osoba mówi Ci wesoło prawieże angielskie „hello”. Nawet nie wiecie jak to się udziela! (No chyba, że byliście i wiecie).W każdym razie już po chwili przebywania wśród tych ludzi zaczęłam się do każdego uśmiechać, niektórym nawet pierwsza mówiłam „hello” i co ważniejsze szłam z głową wysoko w górze, a nie tak jak w Polsce patrząc na swoje buty i chodnik, by nie wdepnąć w coś lub nie potknąć się o śmieci. Tam nie ma śmieci. Ani na ulicach, ani na trawnikach, ani w parkach, nigdzie. Chodzi sobie taki pan lub pani, co zarabiają całkiem dużo za całkiem mało. Zbierają za pomocą długich szczypiec ewentualne śmieci, rozrzucone zapewne nie przez holendrów, pracują po kilka godzin dziennie, około 4. Ale wracając… nastrój holendrów jest zaraźliwy. Swoją drogą dlaczego mieliby być smutni i ponurzy? Mają dobre zarobki, przyzwoite życie, rodziny, o które mają możliwość dbać i dużo wolnego czasu. Pracują krótko, sklepy otwierają później, w sobotę zamykają wcześniej, niedziele mają wolne od pracy. Rekordowo późno otwierają sklepy w poniedziałek, bo większość od około 12 godziny. Wyjątkiem są jakieś piekarnie, ale i tak o pracy od 6 czy 7 rano nie ma mowy. Poniedziałek to dzień, w którym ludzie mają prawo wyspać się po wyczerpującym weekendzie. Bo tam nie siedzi się w domu. I nie chodzi nawet o imprezy. Większość holendrów wyjeżdża na weekend. Czasem bliżej, czasem dalej, jednak zazwyczaj opuszczają swoje miejsce zamieszkania i relaksują się w innym otoczeniu.
Tam jest naprawdę całkiem inne życie. A ich entuzjazm jest tak zaraźliwy! Już po jednym dniu wstaje się rano inaczej, z innym podejściem do życia, z uśmiechem na twarzy. I tak też wychodzi się z domu i już po holendersku uśmiecha się do wszystkich, wita się z każdym, czy nawet zamienia się parę zdań z kimś zupełnie obcym. W Polsce to jest naprawdę rzadko spotykane. A dopiero w jakim człowiek jest szoku, w jakiej depresji, kiedy wraca do smutnej, szarej Polski, gdzie co druga osoba patrzy na ciebie jak na wroga. Oczywiście to może być wyolbrzymienie, ale ktoś kto był jakiś czas w tak przepełnionym optymizmem kraju jak Holandia, po powrocie do Polski czuje jakby dostał w twarz od rzeczywistości. Tęskni się, niesamowicie się tęskni. Za ludźmi, za czystymi ulicami i trawnikami, za czystą wodą, rzeką, morzem, za anonimowością, spokojem. Nawet za brakiem firanek w oknach, również i rolet, na parterach domów, gdzie przy spacerze niechcący można ujrzeć Holendrów w wielu prywatnych sytuacjach. My byśmy tak nie umieli, my trzymamy wszystko w tajemnicy, mamy swoją prywatność i nikt nie ma prawa jej oglądać. Ale fakt faktem, że Holendrzy wcale się w te okna nie patrzą. Idą obok, jakby  ich nie było. Tylko ja jako Polka zerkałam czasem w lewo czy w prawo i widziałam rzeczy, których widzieć nie powinnam.

Nie, to nie koniec o Holandii, to nie koniec o Gornichem, ani o holendrach. Mam jeszcze dużo do opowiedzenia! 

piątek, 22 listopada 2013

Czas na mój ruch

Miała to być robocza notka, ale jednak przy okazji napiszę coś nie coś. Blog powstaje po to, bym mogła się dzielić moimi przeżyciami, a głównie marzeniami. Na nim będę pokazywać inne podejście do życia, całkowicie różne od tego, które było widoczne na innym blogu lub blogach w przeszłości. Drugi blog, do którego później podam adres będzie dalej istniał. Muszę mieć takie dwie płaszczyzny. Jedną dobrą, drugą złą. Na jedną będę wylewać gorsze emocje, na drugą lepsze, NAJLEPSZE. I ta dobra strona mnie jest własnie tutaj. Zacznijmy od tego, że postanowiłam coś zmienić w swoim życiu. Nie wiem czy zacznę od zrobienia słoika/skarbonki, czy od opisywania tego, co już przeżyłam ciekawego w życiu. Nie wiem jak to wszystko się tu potoczy, jak ten blog się rozwinie i czy się rozwinie, bo pisać też trzeba mieć dla kogo. Spróbuję jednak Was zachęcić do czytania moich słów.

Być może pomogę komuś uwierzyć w siebie? Bo ja od dziś w siebie wierzę. Dziś czuję to jak nigdy wcześniej. Osiągnę wszystko o czym marzę. Wierzę w to.