Ostatnim razem opisywałam głównie centrum miasta, które było
w pobliżu mojego miejsca zamieszkania, jednak zabrnęłam w Gorinchem i nieco
dalej. Zacznijmy może od parku, z przypaloną słońcem trawą, przy samym kanale.
Siedząc na ławce przy brzegu można było co chwila oglądać wielkie dostawcze
statki, które o dziwo płynęły dość blisko brzegu. Była tez wyodrębniona część
plaży, oczywiście z aż podejrzanie czystą wodą. Blisko tego miejsca można
podziwiać przepiękne holenderskie wiatraki. Te tradycyjne, drewniane z
malowanymi zdobieniami. Naprawdę wielkie i piękne. Przed jednym z nich stały
również armaty. No i w parku oczywiście mamy kolejną partię szczęśliwych i co
ważniejsze zarażających szczęściem holendrów. I nie sądzę by to miało wiele
wspólnego z mijanymi po drodze cofee shop’ami. Naprawdę! Ilu z Was myśli, że
tam przez cały dzień wszyscy chodzą upaleni? Wszyscy jesteście w błędzie. Jest
oczywiście grupa takich ludzi, jak i w każdym innym kraju, ale większość
holendrów za dnia chodzi całkowicie „czystych”. No dobrze, ale nie będę zagłębiać
się w ten temat, jako że nawet dla mnie nie jest on specjalnie interesujący.
Wróćmy na chwilę do centrum i przejdźmy je calutkie, całą długą ulicę sklepów,
zdecydowanie bardziej tętniących życiem niż butiki w polskich centrach miast. No,
ale nie wnikajmy teraz w świetne zarobki holendrów, przejdźmy dalej przez
centrum… i zatrzymajmy się na chwilę przy sklepie na końcu ulicy (długiej ulicy),
który zapadł mi naprawdę głęboko w pamięć. A raczej to, co było przed sklepem.
Na wielkiej gałęzi przymocowanej do muru sklepu siedziała najpiękniejsza papuga
jaką w życiu widziałam, nie była przywiązana, nie miała klatki, siedziała
wolna. Wyglądała na szczęśliwą. Nie wiem czy papugi potrafią się uśmiechać, ale
miałam wrażenie, że uśmiecha się do mnie. Była czerwono-zielono-żółta. To były
najpiękniejsze barwy jakie w życiu swoim całym widziałam, tak żywe, błyszczące,
cudowne! Trochę przypominała tą znaną wszystkim papugę z filmów z piratami,
jednak była o wiele większa. Mówiła coś. Podejrzewam, że powtarzała jakieś
holenderskie słowa. Nie zawsze udawało
się ją spotkać i ogólnie był zakaz fotografowania, także i ja nie mam zdjęcia.
Zresztą chyba nawet nie miałam aparatu przez te dwa-trzy razy, kiedy miałam
okazję ją zobaczyć.
Pozwólcie, że zabiorę Was teraz ze sobą. Przeszliśmy wreszcie centrum i doszliśmy do przejścia dla pieszych. Właściwie jeszcze nie doszliśmy, a już auta stały przed przejściem. Taka właśnie tam jest kultura – samochody zatrzymują się w momencie dochodzenia do pasów. O ile nie prowadzi auta jakiś nerwowy Polak.. Co jeszcze rzuca się w oczy? Ano ścieżki rowerowe. Tuż obok ulicy, KAŻDEJ ulicy, zazwyczaj po obu jej stronach. Osobne są chodniki dla ludzi. Zarówno rowerzyści jak i wszyscy na skuterach korzystają ze ścieżek rowerowych. Jakże im tego zazdroszczę! W Polsce muszę modlić się za każdym razem, gdy jadę ulicą, zwłaszcza gdy mija mnie większe auto. A modlitwa w przypadku kogoś niewierzącego jest czymś dziwnym… Widzicie do czego strach doprowadza? A raczej polskie, dziurawe drogi… W Holandii jest bezpiecznie, właściwie rowerzysta tam jest Panem Ulicy. Choćby wjechał pod koła samochodu z drogi podporządkowanej, prosto ze ścieżki czy skądkolwiek to i tak wypadek nie jest jego winą. Ale to się rzadko zdarza ze względu na ilość ścieżek rowerowych, przeogromną ilość, nie wiem czy spotkałam tam ulicę bez ścieżki rowerowej obok, chyba nie. No i dodam jeszcze, że Holendrzy nie przekraczają dozwolonej prędkości. Praktycznie nigdy. Pewnie wysokość mandatów ma na to istotny wpływ, ale głównie to ich mentalność. Idziemy dalej. Zeszliśmy już, drodzy Państwo, z chodnika koło tej ruchliwej ulicy i idziemy już przy spokojniejszej, pobocznej. To wcale nie taka mała odległość, ale nie będę opisywać jakie fajne samochody po drodze mijaliśmy, jakie ładne rowerzystki i przystojnych młodzieńców. Także idziemy sobie teraz innym chodniczkiem, po lewej stronie mamy ulicę, po prawej trawnik, a tuż za nim kolejny kanał. Przy samym brzegu jest pełno zaparkowanych czy zacumowanych łódek. Ale zaraz, przyjrzyjmy się bardziej…To mieszkania! Nie wiem ile takich mieszkań miniemy przy tej ulicy. Może 20? Może 30? A jeszcze są po drugiej stronie kanału! Piękne, naprawdę. No, ale idziemy dalej do naszego celu. Właściwie do mojego (zostawię Was teraz, drodzy Państwo, przy tych pięknych statko-mieszkaniach), do Lidla na zakupy. Nie żeby w centrum Gorinchem nie było sklepu, był Aldi, i abstrahując od Aldików w Polsce, które są raczej jednymi z droższych marketów, tam Aldi był naprawdę mega tani, coś jak nasza kochana Biedronka. No, ale podkusiło mnie, by przejść się do większego sklepu. Droga trwała około godziny w jedną stronę. No i znalazłam się tam. Ku mojemu zdziwieniu tamtejszy Lidl był bardzo duży, naprawdę wielki. Nie znam wszystkich Lidlów w Polsce, ale tutaj zazwyczaj spotykam zdecydowanie mniejsze. O sklepie nie będę opowiadać, sklep jak sklep. Znów jednak coś o holendrach. Ich kolejna cecha – spokój.
Co się dzieje, drodzy Państwo, u nas w
jakimkolwiek markecie,
gdy kolejka składa się z ok 5 osób? Wszyscy są źli, chrząkają, rzucają nerwowe
i złośliwe spojrzenia na kasjerki, żeby spieszyły się bardziej, a zaraz potem
słyszymy wołania o kolejną otwartą kasę… A tam? Była otwarta jedna kasa.
Kolejka była dokładnie od lodówek, przez calutki sklep. Jedna, w linii prostej.
Ktoś się złościł? Awanturował? Spieszył? Nie. Wszyscy stali spokojnie,
uśmiechając się do siebie lub zagadując wesoło do swoich sąsiadów. Również kasjerki
nie przejawiały żadnej złości czy znużenia swoją pracą, którą wykonywały
baaaaardzo wolno. Za to wesoło witały się i żegnały, bez sztucznych, kłamliwych
uśmiechów. To była naprawdę najprawdziwsza serdeczność. Co prawda miały jedną
poważną wadę – żadna kasjerka, w żadnym sklepie nie umiała liczyć. Zwłaszcza w
spożywczych. Nie udawały po to, by wydać za mało reszty, bo kilkakrotnie wydały
mi za dużo. Oczywiście oddawałam im to, co nie moje i choć sama problemy z
matematyką nawet najprostszą czasem miewam, to do ich „matematyki” nawet nie
dorastałam. Oczywiście były bardzo wdzięczne, nawet jeśli nie od razu
rozumiały, że za dużo wydały i musiałam powoli im tłumaczyć. Pięknie tam jest…
